Bałagan na stoliku, magia w głowie — dlaczego nie sprzątamy w trakcie sztuki dziecięcej

Drużyna 7 Krasnoludków · Kadra przedszkola ·

Jeśli ktoś z Państwa wejdzie do naszej sali w trakcie zajęć plastycznych, zobaczy widok, który normalnemu dorosłemu zaparłby dech w piersiach. Plamy farby na stole. Guziki rozsypane po blacie. Słoik wody, w którym jakimś sposobem znalazły się trzy różne odcienie pomieszane razem. Pędzle leżące tam, gdzie Dziecko je odłożyło — niekoniecznie tam, gdzie powinno. Strużyny kredek pod nogami. Naklejki na palcach, które Dziecko jeszcze nie zdjęło. I dziecko, które stoi pochylone nad swoim arkuszem i jest — autentycznie, głęboko, w pełni — szczęśliwe.

To, co Państwo widzą, w pierwszym odruchu chce się nazwać bałaganem. I jest bałaganem. Ale jest też czymś znacznie więcej. Jest dowodem, że w tej sali odbywa się coś, czego nie da się odbyć w sterylnym, czystym, wszystko na miejscu, dorosłym świecie. Jest dowodem, że Dziecko ma teraz wolną wyobraźnię i wolne ręce, i wolny umysł — i że dokładnie w tej chwili tworzy coś, czego nikt inny nigdy nie stworzy.

W tym artykule chcemy z Państwem porozmawiać o czymś, co u nas w przedszkolu nazywamy „twórczym bałaganem”. O tym, dlaczego nie sprzątamy w trakcie sztuki. O tym, dlaczego nasze sale plastyczne wyglądają tak, jak wyglądają. I o tym, dlaczego ta z pozoru drobna decyzja pedagogiczna ma ogromne znaczenie dla rozwoju Dziecka.

Dlaczego dorosłemu trudno

Zacznijmy od własnej szczerości. Nam też, dorosłym, jest trudno. Jesteśmy nauczeni — kulturowo, rodzinnie, instynktownie — że bałagan jest zły. Bałagan oznacza nieporządek. Nieporządek oznacza utratę kontroli. A utrata kontroli oznacza, że coś idzie nie tak.

Polska kultura jest pod tym względem szczególnie wrażliwa. Pedagogika polska tradycyjnie kładła ogromny nacisk na czystość, porządek, dyscyplinę. „Pierwsze wrażenie”, „w czystej sali — czyste umysły”, „porządek to połowa zwycięstwa” — wszystkie te zwroty noszą w sobie głęboko wpisane przekonanie, że estetyka przestrzeni przekłada się na jakość pracy umysłowej.

W przypadku dorosłej pracy umysłowej — to często prawda. Pracownik, który ma czyste biurko, łatwiej się skupia. Lekarz, który ma czysty stół operacyjny, ratuje życie. Programista, który ma uporządkowany kod, popełnia mniej błędów. Porządek dla dorosłego jest sprzymierzeńcem.

Ale Dziecko nie jest dorosłym pracownikiem umysłowym. Dziecko jest twórcą. Twórcą amatorskim, początkującym, dopiero odkrywającym własne możliwości. I dla twórcy w fazie eksploracji bałagan nie jest wrogiem. Jest partnerem.

Sztuka dziecięca a sztuka dorosła

Tu chcemy rozróżnić coś bardzo ważnego. Sztuka dziecięca i sztuka dorosła to są dwie różne rzeczy. Wyglądają podobnie — bo Dziecko też trzyma pędzel, też mieszka farbę, też ma kartkę przed sobą. Ale w środku, na poziomie tego, co się naprawdę dzieje, są w różnych światach.

Sztuka dorosła zwykle zaczyna się od wizji. Dorosły artysta wie mniej więcej, co chce stworzyć. Ma plan, koncepcję, wybrany cel. Materiały dobiera pod kątem realizacji tego planu. Bałagan w jego przypadku jest stratą — czyli przeszkodą do osiągnięcia celu. Im bardziej skupiony jest na realizacji wizji, tym mniej tolerancji ma na chaos wokół siebie.

Sztuka dziecięca działa odwrotnie. Dziecko nie zaczyna od wizji. Dziecko zaczyna od materiału. Bierze pędzel, zanurza w farbie, dotyka kartki — i dopiero wtedy odkrywa, co się dzieje. Każde nowe dotknięcie pędzla jest dla niego eksperymentem. Każdy ruch ręki jest pytaniem do farby — co zrobisz teraz? Każda plama, każda kropka, każde rozcieknięcie kolorów na mokrym papierze to mała, osobista odkrywka. Dziecko maluje nie po to, żeby skończyć obraz. Maluje po to, żeby zobaczyć, co farba zrobi. I właśnie dlatego sztuka dziecięca jest w istocie eksperymentem, a nie produkcją.

A do eksperymentu potrzebny jest bałagan. Eksperyment z definicji oznacza chaos. Bo eksperymentator nie wie, co odkryje. Nie ma planu. Bawi się materiałem. Próbuje. Mieszka. Łączy nieoczekiwanie. I tylko ten chaos pozwala odkryć coś, czego się nie spodziewał.

Dziecko, które maluje na czystym, uporządkowanym stole, z każdym kolorem w osobnej miseczce, z czystym pędzlem do każdej farby, z pomocą dorosłego, który mu poprawia kompozycję — uczy się robić sztukę poprawną. Dziecko, które maluje w bałaganie — uczy się eksperymentować. Pierwsze daje jako rezultat ładniejsze prace. Drugie daje na całe życie postawę twórczą.

Tu chcemy być z Państwem szczerzy: w naszym przedszkolu wybieramy drugą drogę. Bo dla nas ważniejsze jest to, kim Dziecko będzie za dwadzieścia lat, niż jak wyglądają jego prace teraz.

„Child-led” — czyli kto prowadzi

Jest takie pojęcie pedagogiczne, które chcemy Państwu szczegółowo opisać, bo jest dla nas bardzo ważne. Po angielsku nazywa się „child-led”, czyli „prowadzone przez Dziecko”. Po polsku można je tłumaczyć jako „pedagogikę za Dzieckiem” — w odróżnieniu od „pedagogiki przed Dzieckiem”, w której to dorosły idzie pierwszy i Dziecko podąża.

W „child-led” wszystko jest na odwrót. To Dziecko zaczyna. Dziecko wybiera, co będzie robić. Dziecko decyduje, jak długo. Dziecko mówi, kiedy skończyło. Dorosły jest obecny, dostarcza materiałów, czuwa nad bezpieczeństwem, czasem zadaje pytanie — ale nie kieruje, nie poprawia, nie wymyśla zadania.

W naszych zajęciach plastycznych większość czasu pracujemy właśnie tak. Stawiamy na stole farby, kartki, pędzle, gąbki, słoiki, naklejki, brokat, sznurki. Dzieci wchodzą do pracowni i zaczynają. Co jedno Dziecko, to inny rodzaj eksperymentu. Jedno maluje wodą. Drugie używa palca zamiast pędzla. Trzecie miesza wszystkie kolory w jeden — po czym z fascynacją obserwuje, że powstał brąz, którego się nie spodziewało. Czwarte nakleja brokat na mokry farb i odkrywa, że błyszczy.

W tym wszystkim my, dorośli, trzymamy się z boku. Nie poprawiamy. Nie sugerujemy. Nie mówimy „lepiej zrób tak”. Czasem zadajemy pytanie — „co teraz odkryłeś?”, „jaki kolor powstał?”. Nasze pytania są neutralne, otwarte, bez kierunku. Naszym zadaniem jest pilnować, żeby Dziecko miało materiał, miało czas, miało spokój. Wszystko inne robi się samo.

Bałagan, który widzą Państwo na naszych stołach, jest naturalnym efektem tej pedagogiki. Bo Dziecko prowadzące się samo nie pamięta, żeby odłożyć pędzel na miejsce. Nie zauważa, że kropka farby spadła na stół. Nie chodzi mu o utrzymanie porządku. Ono jest pochłonięte. Pochłonięte całe. I to pochłonięcie, ta absorpcja, ta totalna obecność w tym, co teraz robi — to jest stan, w którym Dziecko najwięcej się uczy. Sprzątając wokół niego, przerywamy ten stan. Dlatego nie sprzątamy.

Co konkretnie robimy: malowanie kwiatów

Ostatnio mieliśmy w pracowni ćwiczenie, które nazywamy „malowaniem kwiatów”. Brzmi jak bardzo klasyczne zadanie, prawda? Każde przedszkolne dziecko maluje kiedyś kwiat. To jednak, jak my prowadzimy to ćwiczenie, jest typowe dla naszej pedagogiki — i dobrze pokazuje różnicę między „child-led” a „teacher-led”.

Najpierw idziemy z Dziećmi obejrzeć kwiaty. Nie do parku — do naszego ogrodu, na nasze przedszkolne grządki, do doniczek na parapetach. Każde Dziecko podchodzi blisko, dotyka liścia, wdycha zapach, ogląda płatki z bliska. Niektóre liczą płatki. Niektóre znajdują biedronkę i zatrzymują się przy niej na pół godziny. Niektóre rwą jeden listek i zabierają do pracowni. Każde Dziecko ma swoją obserwację.

Potem wracamy do pracowni i zostawiamy Dzieci same z materiałem. Nie mówimy „namalujcie kwiat”. Nie pokazujemy, „popatrzcie, kwiat ma pięć płatków”. Nie dajemy szablonu. Stawiamy farby, kartki, pędzle, palety, gąbki, słoiki. I Dziecko siada do swojego arkusza.

Co się dzieje dalej? Nie da się tego przewidzieć. Jedno Dziecko maluje to, co właśnie widziało — różowe płatki, zielony łodyg. Drugie maluje swój zapach kwiatu — coś abstrakcyjnego, fiolet rozmazany w zieleń, pewnie nie do rozszyfrowania dla nikogo poza nim. Trzecie maluje biedronkę, którą widziało, i kwiat dorabia jako tło. Czwarte maluje kwiat z dziesięcioma płatkami, bo „mu się tak chciało”. Piąte maluje kwiat tylko na jednej stronie kartki, bo „druga była mu za duża”. Każde z nich wykonało coś osobistego, coś własnego, coś prawdziwego.

Te prace jako galeria są w typowym dorosłym sensie chaotyczne. Nie wyglądają na „kwiaty”. Czasem trudno byłoby zgadnąć, co to jest. Ale każda z nich jest okienkiem do umysłu konkretnego Dziecka. I każda jest cenniejsza niż dziesięć identycznych „kwiatów” namalowanych według instrukcji nauczyciela.

Co Dziecko buduje, kiedy jest pochłonięte

Tu chcemy z Państwem porozmawiać o czymś, czego nie da się zobaczyć na zewnątrz, ale co dla nas, jako pedagogów, jest najważniejsze. Bo bałagan, eksperyment, child-led, malowanie kwiatów — to wszystko są środki. Cel jest inny. Celem jest to, co dzieje się wewnątrz Dziecka.

Stan, w którym Dziecko jest absolutnie pochłonięte sztuką — to jest stan, który psychologowie nazywają „flow”. Stan przepływu. Człowiek, który jest w stanie flow, wykonuje czynność z najwyższą koncentracją, z naturalnym zadowoleniem, z pełnym wykorzystaniem swoich możliwości. To jest stan, w którym dorośli są najszczęśliwsi i najbardziej kreatywni. Sportowcy go znają. Programiści go znają. Pisarze go znają. Naukowcy go znają.

Dziecko też potrafi być w stanie flow. I w wieku przedszkolnym jest w nim bardzo łatwo — wystarczy mu dać przestrzeń. Sztuka jest jednym z najbardziej naturalnych pretekstów do tego stanu. Dziecko, które rozkmiesza farbę i obserwuje, jak rozpływa się po kartce, jest w pełnym, klasycznym flow.

Co buduje stan flow w Dziecku? Bardzo dużo. Buduje koncentrację, buduje wytrwałość, buduje cierpliwość, buduje radość z procesu (a nie tylko z efektu). Ale przede wszystkim buduje przekonanie, że robienie czegoś samodzielnie, intensywnie, z pasją — może być przyjemne. Że można się czymś zajmować bez nagrody zewnętrznej. Że proces sam w sobie jest wartością.

To jest kompetencja, która w dorosłym życiu odróżnia ludzi szczęśliwych od nieszczęśliwych. Dorosły, który jest w stanie zaangażować się w czynność tak, że godzina mija jak pięć minut — ma w życiu coś bezcennego. Dorosły, który tej zdolności nie ma — bo nikt mu jej nie pielęgnował — chodzi po świecie z poczuciem nudy, niepokoju, ciągłej potrzeby zewnętrznej stymulacji. Smartphone był wymyślony dla tego drugiego dorosłego. Pierwszy dorosły potrafi wytrzymać godzinę z samym sobą i swoją pasją, bez ekranu.

Naszą pracą, w pracowni plastycznej, jest pielęgnować w Dziecku zdolność do takiego stanu. Bałagan, który widzą Państwo na stole, jest jego widocznym śladem.

Granice — bo bałagan nie znaczy chaos

Tu chcemy być z Państwem precyzyjni. Mówimy o pedagogice „twórczego bałaganu”, ale to nie znaczy, że nasze pracownie wyglądają jak po pożarze. Bałagan u nas jest świadomy, kontrolowany, lokalny.

Po pierwsze — sprzątamy po zajęciach. Nie w trakcie. Po. Razem z Dziećmi. To też jest część pedagogiki — Dziecko, które tworzyło, uczy się też po sobie posprzątać. Ale dopiero kiedy skończyło. Nie wcześniej.

Po drugie — bałagan ma swoje miejsce. Mamy w sali specjalną pracownię plastyczną z podłogami, które można zmywać. Mamy fartuchy. Mamy serwety na stoły. Wszystko jest tak przygotowane, żeby Dzieci mogły swobodnie eksperymentować, ale bałagan nie wychodził poza tę przestrzeń. Pracownia jest jakby azylem twórczości — w niej można wszystko, na zewnątrz obowiązują inne zasady.

Po trzecie — niektóre rzeczy są jednak święte. Nie pozwalamy malować na podłodze, jeśli to pociągnie za sobą problemy. Nie pozwalamy mieszać farby z wodą do picia. Nie pozwalamy rzucać guzików. To są jasno zaznaczone granice, które dla Dziecka są natychmiast czytelne.

W obrębie tych granic — pełna swoboda. Bałagan jest dopuszczalny, oczekiwany, wręcz pożądany. Im głębszy bałagan, tym pewniejszy znak, że Dziecko jest w stanie flow.

Co Rodzic może zrobić w domu

Pierwsza praktyka — wydzielenie strefy. Nie trzeba mieć osobnej pracowni — wystarczy stół przykryty serwetą, podłoga zabezpieczona ceratą, fartuch na Dziecku. Niech ta strefa będzie dostępna codziennie, najlepiej w stałym miejscu. Dziecko, które wie, że ma swój kącik twórczy, samo zaczyna do niego sięgać.

Druga praktyka — dostarczenie materiałów. Nie trzeba kupować profesjonalnych farb. Wystarczą podstawowe tempery, kartki różnego formatu, kilka pędzli, kredki. Dodatkowo materiały „śmieciowe” — guziki, plastikowe nakrętki, sznurki, kolorowy papier do darcia. Im więcej różnorodności, tym więcej eksperymentów.

Trzecia praktyka — niesprzątanie w trakcie. Najtrudniejsza praktyka. Dorosły instynktownie chce wytrzeć farbę, podnieść guzik, zamknąć słoik z farbą. Niech Państwo zacisną zęby. Niech bałagan się dzieje. Sprzątniecie razem z Dzieckiem na końcu.

Czwarta praktyka — niepoprawianie pracy. Dziecko maluje fioletowego konia. „Konie nie są fioletowe” — to jest zdanie, które chcemy z polskiego rodzicielstwa wykorzenić. Dziecko może malować fioletowego konia. Może malować kwiat z dwudziestoma płatkami. Może malować na całej kartce, w jednym rogu, krzyżem, kropkami. Wszystko to jest jego sztuka. A jego sztuka to jego umysł.

Piąta praktyka — wieszanie prac. Niech jego prace mają u Państwa stałe miejsce na ścianie. Niech Państwo je tam zostawiają tygodniami, miesiącami. Niech Dziecko widzi, że to, co stworzyło, ma wartość. Niech mówi gościom: „to ja zrobiłem”. Buduje to coś, czego żadna pochwała werbalna nie zbuduje — poczucie, że Dziecko jest twórcą, którego dzieło ma w domu rangę.

Po co to wszystko

Bo nasze Krasnoludki idą w dorosłość z czymś, czego nie da się kupić. Z poczuciem, że tworzenie jest naturalne. Że można się w czymś zatracić. Że bałagan na stole może być czasem dowodem szczęścia. Że własny kolor — dwadzieścia płatków — własny pomysł — to coś, czego nikt nie powinien poprawiać.

Wiemy, że nasze Dzieci nie zostaną wszystkie artystami. Większość z nich pójdzie w zupełnie inne profesje. Ale nawet ten chłopiec, który zostanie inżynierem, będzie w swoim życiu rozwiązywał problemy. A rozwiązywanie problemów to dokładnie ta sama umiejętność, której uczył się w pracowni — eksperymentowanie, próba i błąd, śmiałość w mieszaniu rzeczy, których nikt jeszcze nie mieszał.

I jeszcze jedna córka, która zostanie księgową, będzie raz na jakiś czas chciała się zatracić w czymś własnym — w gotowaniu, w ogrodzie, w robieniu na drutach. I wtedy okaże się, czy umie wejść w stan flow. Nasze Krasnoludki — umieją. Bo ćwiczyły to przez cztery lata przedszkola. Przy stole pełnym farby. W pracowni, w której bałagan nie był problemem, tylko częścią twórczości.

Bo nauka przez zabawę to coś, co Krasnoludki lubią najbardziej. A sztuka jest jedną z najgłębszych form zabawy. I jedną z tych, która zostawia w mózgu Dziecka ślady, których nie zostawi nic innego. Niech więc na stole będzie bałagan. Niech farba spłynie tam, gdzie sama chce. Niech Dziecko stworzy, co stworzy. Reszta — załatwi się sama.


Zobacz reel z naszej pracowni →

Rekrutacja trwa

Zapraszamy do kontaktu