W naszych zajęciach plastycznych mamy zasadę, którą wprowadziłyśmy lata temu i której do dziś trzymamy się żelaznie. Zanim Dziecko namaluje kwiat, najpierw musi go zobaczyć. Naprawdę zobaczyć. Pójść do naszego przedszkolnego ogródka. Stanąć przy doniczce na parapecie. Pochylić się nisko nad grządką. Dotknąć liścia. Powąchać. Policzyć płatki. Zauważyć, że nie wszystkie kwiaty są takie same — że jeden ma pięć płatków, a drugi siedem.
Dopiero kiedy Dziecko miało taki realny, fizyczny, sensoryczny kontakt z roślinami — wraca do pracowni i bierze pędzel. I dopiero wtedy zaczyna malować.
Wygląda to z boku jak drobiazg pedagogiczny. Bo przecież każde dziecko maluje kwiaty — w każdym przedszkolu na świecie. Ale jak dokładnie to robi, jaką drogą tam dochodzi, jakie ma w sobie wrażenia w momencie, kiedy maluje — to są różnice, które decydują o tym, czy zajęcia plastyczne budują w Dziecku coś trwałego, czy są tylko godziną, którą trzeba wypełnić.
W tym artykule chcemy z Państwem porozmawiać o pedagogice, którą po angielsku nazywa się „child-led painting” — malowaniem prowadzonym przez Dziecko. O tym, dlaczego wiosna jest porą, w której ta pedagogika rozwija najpełniejsze owoce. I o tym, co konkretnie dzieje się w głowie Dziecka, kiedy maluje kwiat, który dopiero co miało w dłoni.
Co to jest „child-led painting”
Pojęcie „child-led” w pedagogice oznacza coś bardzo konkretnego. To proces, w którym to Dziecko prowadzi działanie, a dorosły jest obecny — ale nie kieruje. Mówiąc inaczej: Dziecko decyduje, co rysuje. Dziecko wybiera, jaką techniką. Dziecko ustala, kiedy zaczyna i kiedy kończy. Dziecko zatrzymuje się, kiedy chce. Pomija, co chce pominąć. Powtarza, co chce powtórzyć.
Rola dorosłego jest tu zupełnie inna niż w klasycznej pedagogice „teacher-led”. Dorosły dostarcza materiałów. Dorosły dba o bezpieczeństwo. Dorosły obserwuje. Dorosły zadaje od czasu do czasu pytanie — neutralne, otwarte, bez sugestii odpowiedzi. „Co teraz robisz?”. „Co odkryłeś?”. „Jaki kolor powstał?”. Te pytania nie kierują pracy Dziecka — one tylko pomagają mu samodzielnie zauważyć, co robi.
W „child-led painting” nie ma poprawiania. Nie ma „lepiej zrób tak”. Nie ma szablonu, który Dziecko ma odtworzyć. Nie ma oczekiwanego rezultatu. Każda praca jest dobra dokładnie taka, jaką Dziecko ją zrobiło. Nie dlatego, że jesteśmy bezkrytyczni — tylko dlatego, że celem nie jest praca. Celem jest proces.
Brzmi prosto. W praktyce jest to dla wielu nauczycieli jedna z najtrudniejszych zmian, jaką trzeba wprowadzić. Bo każdy z nas, dorosłych, ma w sobie odruch korygowania. Widzi nieproporcjonalny rysunek — chce dorysować. Widzi nieprawidłowe proporcje — chce poprawić. Widzi „niewłaściwy” kolor — chce zwrócić uwagę. Powstrzymanie się od tych odruchów wymaga ciągłej, świadomej pracy.
W naszym przedszkolu pracujemy nad tym przez lata. Każda nowa nauczycielka, która do nas dołącza, przechodzi szkolenie i mentoring właśnie w tej sztuce — sztuce niezakłócania pracy Dziecka. To jest jedna z najważniejszych kompetencji pedagogicznych, jakie u nas budujemy.
Dlaczego wiosna
Wiosna ma w pedagogice plastycznej miejsce wyjątkowe. Bo wiosna to czas, kiedy świat zewnętrzny daje Dziecku materiał, którego o żadnej innej porze roku nie da. Każdego dnia w marcu, kwietniu, maju coś się zmienia. Wczoraj jeszcze nie było pączków na drzewie — dziś już są. Wczoraj nie było kwiatu na grządce — dziś już jest. Wczoraj liść był zwinięty — dziś jest rozwinięty. Wszystko w wiosennym świecie się zmienia, rośnie, wybucha kolorem.
Dla mózgu Dziecka jest to bombardowanie nowości. Każda obserwacja jest nowa. Każdy spacer dostarcza nowych wrażeń. Wiosna jest porą roku, w której Dziecko ma najwięcej do zauważenia.
Pedagogika plastyczna, która tego nie wykorzystuje, traci najwięcej. Bo Dziecko, które dziś rano widziało, jak otwiera się tulipan, dziś po południu w pracowni jest naładowane wrażeniami. Jego ręka jest gotowa. Jego oko widziało już kolor. Jego pamięć ma już obraz. Jeśli teraz dostanie pędzel i kartkę — coś z tych wrażeń się przelać.
Pedagogika, która o tej fazie zapomina i każe Dzieciom malować kwiaty z szablonu w lutym albo wrześniu, traci moment. Kwiat malowany w lutym jest abstrakcją — bo Dziecko go nie widziało, nie dotknęło, nie pamięta. Kwiat malowany w kwietniu, dwa dni po pierwszej wycieczce do ogrodu botanicznego, jest osadzony w przeżyciu. I dlatego ma siłę.
W naszym programie wiosenne zajęcia plastyczne zaczynają się tradycyjnie od końca marca. Pierwsze są krokusy — najwcześniejsze kwiaty na naszych grządkach. Potem żonkile. Potem tulipany. Potem hiacynty. Każde Dziecko, w ciągu kilku tygodni, ma okazję obserwować i malować inny kwiat. To jest mała, drobna ścieżka edukacyjna, ale buduje w Dziecku rzeczywistą wiedzę przyrodniczą i jednocześnie konkretne umiejętności plastyczne.
„Free painting” i „guided observation”
W naszej praktyce „child-led painting” składa się z dwóch elementów, które się dopełniają. Po angielsku nazywamy je „free painting” i „guided observation”. W polskim — wolne malowanie i prowadzona obserwacja. Brzmi sucho. W praktyce są to dwie zupełnie różne fazy zajęć, każda z własną pedagogiczną funkcją.
Faza pierwsza — prowadzona obserwacja. To jest moment, kiedy idziemy z Dziećmi do ogrodu, do parku, do doniczek. Stoimy. Patrzymy. Każde Dziecko ma chwilę uwagi. Pani zwraca uwagę na to, co warto zauważyć — nie nauczając, tylko zachęcając do zauważenia. „Popatrzcie, jak ten płatek jest zwinięty u dołu”. „Czujcie, jaki to ma zapach”. „Spróbujcie zobaczyć, co jest pod liściem”. To są zaproszenia. Każde Dziecko skorzysta z nich na własną miarę.
Niektóre Dzieci poczują zapach. Inne policzą płatki. Inne zauważą biedronkę i przez pół godziny będą obserwować tylko ją. Niektóre dotkną. Niektóre nie. Niektóre zerwą jeden listek do zabrania (na to mamy pozwolenie z dzielnym ogrodnikiem). Niektóre będą tylko stać i patrzeć. Każda z tych obserwacji jest dla nas wartościowa.
Po dziesięciu, piętnastu, dwudziestu minutach takiej obserwacji wracamy do pracowni. To jest moment przejścia. Wiele zajęć plastycznych w innych miejscach pomija ten moment — Dzieci po prostu są kierowane od zadania do zadania. U nas między obserwacją a pracą zostaje chwila ciszy. Pani siadą z Dziećmi, daje wodę, czasem chwilę odpoczynku. Mózg Dziecka potrzebuje tej pauzy, żeby przeskoczyć z jednego trybu (obserwacja zewnętrzna) do drugiego (twórczość wewnętrzna).
Faza druga — wolne malowanie. Tu Dziecko siada do swojego stanowiska. Na stole są farby, kartki, pędzle, gąbki, palety. Nikt nie mówi „namaluj kwiat”. Nikt nie pokazuje, jak. Każde Dziecko zaczyna od swojego wewnętrznego punktu — od tego, co najbardziej zapamiętało. Niektóre Dzieci zaczynają od koloru, który najbardziej je zachwycił. Inne — od kształtu. Inne od zapachu (tak, malują zapachy, abstrakcyjnie). Inne od konkretnego momentu — biedronki, mokrego płatka, słońca.
To jest wolność. Pełna, prawdziwa, twórcza. Pani siedzi obok, ale nie kieruje. Czasem zadaje pytanie. Czasem podaje materiał. Najczęściej milczy. Bo Dziecko jest w pracy. Pracy własnej.
Co konkretnie się dzieje w głowie Dziecka
Tu chcemy z Państwem porozmawiać o czymś, co my, pedagodzy, widzimy z bocznej obserwacji. Bo proces twórczy Dziecka, choć z zewnątrz wygląda jak „malowanie”, w środku ma kilka warstw, które się ze sobą zazębiają.
Pierwsza warstwa — pamięć sensoryczna. Dziecko, które przed chwilą stało nad grządką krokusów, ma w sobie pełen ślad zmysłowy. Zapach, kolor, faktura, temperatura powietrza, dźwięk pszczół, ciężar szuflady, w którą się oparł. Wszystko to jest w jego mózgu jako jeden zwarty pakiet. Ten pakiet w pracowni zostaje przekształcony w obraz. Nie wiernie — bo Dziecko nie odtwarza fotograficznie. Ale syntetycznie. Pakiet wrażeń staje się jednym znakiem na kartce.
Druga warstwa — intuicja kompozycyjna. Dziecko, które maluje, podejmuje cały czas decyzje, których jeszcze nie umie sobie zwerbalizować, ale które ma w sobie. Gdzie umieścić kwiat na kartce — w środku, w rogu, dwa razy? Jakim kolorem zacząć? Czy łączyć z innymi kolorami? Czy zostawić białe miejsca? Każda taka decyzja jest pierwszym, niewerbalnym, intuicyjnym krokiem w stronę kompozycji. Dziecko, które robi takie decyzje wielokrotnie, buduje w sobie wewnętrzny zmysł kompozycji — który w dorosłym życiu będzie używany w każdej formie estetycznego wyboru.
Trzecia warstwa — eksperymentowanie. Dziecko nie wie, co stanie się, kiedy zmiesza zielony z fioletowym. Nie wie, czy farba na mokrym papierze rozcieknie się dalej niż na suchym. Nie wie, czy paciorek przyklei się do kropki farby. Cały proces malowania jest serią eksperymentów, w których Dziecko stawia hipotezy i je sprawdza. To jest naukowa metoda — w czystej, intuicyjnej postaci. Dziecko, które przez cztery lata przedszkola eksperymentowało farbą, idzie w klasę szkolną z gotowym wzorcem myślenia eksperymentalnego.
Czwarta warstwa — emocjonalna integracja. Dziecko maluje nie tylko to, co widziało — maluje też to, co czuło. Kwiat, który Dziecku się szczególnie podobał, dostaje na kartce więcej uwagi. Kwiat, który Dziecko trochę bało (pszczoła obok!), dostaje inny kolor — czasem ciemniejszy. Te subtelne emocjonalne zabarwienia są dla pedagoga nieocenionym oknem do wewnętrznego świata Dziecka. Po roku obserwowania, jak konkretne Dziecko maluje, znamy je czasem lepiej niż jego rodzice.
Piąta warstwa — duma. Dziecko, które kończy pracę, patrzy na nią. Wszystkie nasze dzieci robią ten sam gest — odsuwają się trochę od stołu, patrzą na to, co zrobiły, czasem uśmiechają się, czasem są poważne. Ten moment „popatrzenia na własne dzieło” jest dla nas chwilą, w której nie przeszkadzamy. Bo w tej chwili Dziecko czuje coś, czego nie czuje na żadnym innym zajęciu — czuje, że stworzyło coś z niczego. Coś, czego pięć minut temu nie było, a teraz jest. I to ono to zrobiło.
To poczucie sprawczości jest jednym z najważniejszych darów, jakie Dziecko otrzymuje w przedszkolu. I właśnie dlatego dbamy o to, żeby to poczucie nie zostało zniszczone żadnym nieostrożnym komentarzem dorosłego.
Co Rodzic może zrobić w domu
Pierwsza praktyka — wiosenne spacery z obserwacją. Niech Państwo wychodzą z Dzieckiem na spacer i zatrzymują się przy roślinach. Nie spieszą. Nie ciągną dalej. Pochylają się razem z Dzieckiem nad krokusem. Pokażą mu pszczołę, która zbiera nektar. Pozwolą mu dotknąć liścia. Pozwolą mu powąchać. Pięć minut takiego spaceru zostaje w mózgu Dziecka silniej niż godzina w sklepie.
Druga praktyka — pamiątka z natury. Niech Państwo pozwolą Dziecku przynieść ze spaceru jeden konkret — jeden listek, jeden płatek, jedną szyszkę, jeden kamyk. To staje się skarb. W domu można to położyć na półce w pokoju Dziecka. Można narysować. Można zrobić z tego mały zielnik. Każdy taki obiekt jest mostem między światem a wyobraźnią Dziecka.
Trzecia praktyka — domowa pracownia plastyczna. Wystarczy stół z ceratą, garść materiałów, fartuch. Niech Dziecko maluje, co chce, kiedy chce. Bez tematu. Bez instrukcji. Bez polecenia. Jego pracy nie poprawiamy. Tej pracy nie kierujemy. Po prostu pozwalamy, żeby się działa. Po godzinie sprzątamy razem z Dzieckiem.
Czwarta praktyka — pytania, nie sugestie. Kiedy Państwo widzą, że Dziecko maluje, mogą zadawać pytania — ale tylko otwarte. „Co teraz odkryłeś?”. „Jaki kolor ci się podoba?”. „Dlaczego tutaj zrobiłeś plamkę?”. Te pytania uruchamiają w Dziecku świadomość — bez oceny. „A co to ma być?”, „a może lepiej tu” — te pytania natychmiast przerywają pracę Dziecka i podporządkowują ją oczekiwaniom dorosłego.
Piąta praktyka — galeria. Zostawcie Państwo w domu miejsce, gdzie Dziecko widzi swoje prace. Lodówka. Tablica korkowa. Sznurek z klipsami. Niech jego prace tam wiszą. Niech Dziecko je widzi codziennie. To jest dla niego potwierdzenie, że to, co stworzyło, ma w domu wartość.
Po co to wszystko
Bo nasze Krasnoludki idą w dorosłość z czymś, czego nie da się zbudować inaczej. Z naturalną zdolnością do obserwacji świata. Ze zdolnością do eksperymentowania bez oczekiwań. Ze zdolnością do tworzenia — z niczego, z farby, z papieru, z własnej wyobraźni.
Wiemy, że te kompetencje są w XXI wieku rzadkie. Większość dorosłych nie potrafi już przez dwadzieścia minut obserwować jednej rzeczy bez sięgnięcia po telefon. Większość dorosłych nie tworzy nic, co by nie było użyteczne. Większość dorosłych jest tak nauczona „wykonywania zadań”, że własna twórczość ich onieśmiela.
Naszych Krasnoludków uczymy odwrotnie. Uczymy je być twórcami, którzy się nie boją. Obserwatorami, którzy nie czują się głupio, kiedy patrzą na rzecz dłużej niż potrzeba „do oceny”. Eksperymentatorami, którzy mieszają kolory bez instrukcji. To są kompetencje, które będą w ich życiu nieocenione — niezależnie od tego, czy zostaną artystami, czy nie.
A wiosenne malowanie kwiatów, które zaczęły dotykać palcem dziesięć minut wcześniej — jest jednym z najpiękniejszych narzędzi, jakimi te kompetencje budujemy. Bo łączy świat zewnętrzny ze światem wewnętrznym. Łączy obserwację z tworzeniem. Łączy zmysły z pamięcią. I łączy Dziecko z porą roku, w której ono samo, jak roślina, dopiero zaczyna kwitnąć.
Bo nauka przez zabawę to coś, co Krasnoludki lubią najbardziej. Wiosna jest tej zabawy najpiękniejszą porą.