Jesienne liście jako materiał — co stanie się w głowie Dziecka, kiedy widzi, że żyłki na liściu układają się w doskonałą grafikę

Małgorzata Puszkiewicz · Kadra przedszkola ·

W październiku w Art Academy mamy szczyt sezonu. Październik to dla mnie, jako prowadzącej zajęcia, chwila, której wyczekuję cały rok. Bo świat zewnętrzny dostarcza nam wtedy materiał, którego nie da nam żadna inna pora roku — jesienne liście.

Każdy z nich jest inny. Każdy ma swoje żyłki, swój kształt, swój kolor, swoją historię. Niektóre są jeszcze zielone, na brzegach żółknące. Inne złote z czerwonymi obrzeżami. Niektóre już brunatne, suche, prawie kruszące się w dłoni. A żyłki na każdym z nich — drobne, rozgałęzione, idealnie symetryczne — układają się w grafikę, której żaden artysta nie potrafiłby stworzyć z niczego.

W tym tekście chcę opowiedzieć, jak razem z Krasnoludkami wykorzystujemy te jesienne dary natury. Jak zamieniamy październikowy spacer w sesję graficzną. I co dokładnie buduje się w głowie Dziecka, kiedy nagle zauważa, że liść jest w istocie rysunkiem zrobionym przez nikogo — i że ten rysunek można teraz zaprosić na własną kartkę.

Pierwsze odkrycie — żyłki

Każdego października zaczynam zajęcia tak samo. Wychodzę z dziećmi do parku Skaryszewskiego z kawałkiem kalki technicznej i miękkimi ołówkami. Tylko tyle. Bez farb, bez papieru rysunkowego, bez planu. Pierwszy dzień jest dniem odkrycia.

Stajemy pod drzewem. Wybieramy razem listek — taki, który ma jasne, dobrze widoczne żyłki. Przykładam kalkę na drugą stronę liścia, biorę ołówek na płask i delikatnie przesuwam po kalce. Powoli, na oczach dzieci, na białej kalce zaczyna się rysować mapa — żyłki liścia.

„Look! It is drawing itself!” — mówię. Dzieci stoją z otwartymi oczami. Bo nikt nie kazał kredce niczego rysować. Liść sam zostawił na kalce swój kompletny obraz. Niektóre dzieci nie wierzą — chcą same spróbować. „Yes, you try. Take a leaf.”

Każde Dziecko zbiera teraz swój listek. Każde dostaje kalkę i ołówek. Każde wybiera, gdzie usiąść — na ławce, na trawie, na pniu. I zaczyna kalkować. Na początku nieśmiało, czasem nieskutecznie. Po dwóch, trzech próbach — efekt zaczyna się pojawiać.

I wtedy rodzi się to, co dla mnie jest sercem tego ćwiczenia. Dziecko trzyma w dłoni dwie rzeczy. W jednej — prawdziwy liść, który ma swoje życie. W drugiej — kalkę z odwzorowanym obrazem żyłek. I nagle widzi, że są to dwa razy ten sam wzór. Liść jest dziełem natury. Rysunek jest dziełem dziecka. Ale wzór — ten sam.

To jest pierwsze pedagogiczne objawienie tego dnia. Natura jest grafikiem. Liść jest skończonym dziełem sztuki. A Dziecko, kalkując, nie kopiuje — odkrywa.

Język w trakcie odkrywania

Tu chcę powiedzieć coś o angielskim. Bo Art Academy to nie tylko sztuka — to też nauka języka. I jesienne liście są jedną z najlepszych okazji do tego nauczania.

Słownictwo, które wprowadzam podczas takich zajęć, jest bardzo konkretne. „Leaf, leaves. Vein, veins. Pattern. Texture. Yellow, gold, red, brown, green. Rough, smooth. Crunchy, soft. Big, small. Round, pointy. Symmetrical, asymmetrical.” Każde z tych słów dziecko poznaje w pełnym kontekście — z konkretnym liściem w dłoni.

Co ważne — nigdy nie mówię „a teraz powtórzcie po mnie”. Mówię w naturalnych zdaniach. „Show me a yellow leaf. Show me a small leaf. Whose leaf is the most beautiful?” Dzieci odpowiadają — czasem słowem, czasem zdaniem, czasem podnoszą liść. Każda odpowiedź jest dobra. Każda jest doceniana.

Po dwóch tygodniach takich zajęć dzieci mają w sobie aktywny słownik kilkunastu angielskich słów dotyczących jesieni. Słowa te są zapisane w pamięci ciała — nie da się ich zapomnieć. Bo każde z nich nosi w sobie zapach lasu, fakturę liścia, ciężar deszczowego dnia. Pamięć ciała to jest ten typ pamięci, który zostaje na całe życie.

Drugi dzień — kompozycja

Po dniu odkrywania żyłek przechodzimy do dnia kompozycji. Dzieci mają swoje listki, mają swoje kalki — teraz tworzymy z tego sztukę.

Pracownia jest przygotowana. Wielkie białe kartony — większe niż zwykle, bo jesień zasługuje na rozmach. Klej. Pędzelki. Czarna farba. Złota farba. Pomarańczowa farba. Papier kalkowy. Drobne płatki suchych liści.

Tłumaczę dzieciom, na czym polega zadanie. „Today we make autumn art. Use leaves. Use bark. Use paint. Make it your own”. I tyle. Reszta jest improwizacją.

Niektóre dzieci zaczynają od położenia liścia w środku kartki. Maluja go czarną farbą, a potem odciskają jak pieczątkę. Innym podoba się to, co odkryły poprzedniego dnia — wracają do żyłek, rysują je grubym pędzelkiem na kartce. Jeszcze inne nakładają liść na kartkę, dookoła nakładają farbę gąbką — i kiedy zdejmują liść, na kartce zostaje jego sylwetka. Białe miejsce w kolorze.

Każda technika jest dobra. Każda jest osobista. Każda jest „my own” — i dzieci to czują. „Look, this is mine!” — mówią z dumą.

Gdy zajęcia dobiegają końca, na stole leżą kompozycje, których nigdy się nie spodziewałam. Bo każde dziecko dodało do prostej idei coś własnego. Jedno przykleiło drobne płatki w środku liścia, jakby to były gwiazdki. Drugie nakładało farbę warstwami — czarną, potem złotą, potem znowu czarną, tworząc głębię. Trzecie zostawiło prawie pustą kartkę z jednym jedynym liściem w rogu.

Te kompozycje wieszamy w naszej pracowni i w korytarzu. Rodzice je oglądają. I za każdym razem słyszą ode mnie to samo — to nie jest wynik naszej instrukcji. To jest, co dziecko stworzyło samo.

Co buduje się w głowie Dziecka

Tu chcę porozmawiać o czymś, co dla mnie, jako pedagoga, jest najważniejsze. Bo liście, kalka, odbitka liścia farbą — to są narzędzia. Cel jest gdzie indziej. Cel jest w tym, co dzieje się w dziecku, kiedy pracuje z prawdziwym, jesiennym liściem.

Pierwsza rzecz — uważność. Dziecko, które ma kalkować żyłki na liściu, musi się skoncentrować. Musi zauważyć, gdzie są żyłki. Musi delikatnie nacisnąć ołówkiem. Musi poprowadzić kreskę precyzyjnie. Każde z tych działań to jest mikro-trening uwagi. Dzieci po godzinie takich ćwiczeń są spokojne, skupione, stonowane. Bo ich umysł był ćwiczony w bardzo specyficznym trybie — w trybie obserwacyjnym.

Tej uważności nie da się uczyć przez polecenia. „Skup się!” nie działa. „Patrz uważnie!” nie działa. Uważność buduje się tylko przez praktykę. A praktyka liścia jest jedną z najpiękniejszych form tej praktyki — bo dziecko jest jednocześnie skupione i radośnie zaangażowane.

Druga rzecz — odkrywanie naturalnej geometrii. Liść ma żyłki ułożone w określoną strukturę — najczęściej w kształt drzewa rozgałęzionego, z głównym pniem i bocznymi gałęziami. Tę strukturę nazywamy w biologii „nerwacją liścia” — i jest ona dla każdego gatunku drzewa charakterystyczna. Klon ma jeden wzór, dąb inny, lipa jeszcze inny.

Dziecko, które kalkuje liście różnych drzew, nie tylko widzi te różnice — wewnętrznie je zapamiętuje. Po roku takich zajęć potrafi rozróżnić liść klonu od dębu po samym wzorze żyłek. To jest wiedza encyklopedyczna — ale uzyskana inaczej niż z encyklopedii. Uzyskana przez ręce, oczy, kalkę. I dlatego trwała.

Trzecia rzecz — szacunek dla rzeczy małych. Dorosły patrzy na jesienny liść i widzi „liść”. Dziecko, które dziesięć minut go kalkowało, widzi konkretną sieć żyłek, charakterystyczny zarys, fakturę z jednej strony różną od drugiej. Dziecko widzi szczegóły, których dorosły nie widzi.

Ta zdolność do widzenia szczegółów jest rzadkim darem. W dorosłym życiu — jest fundamentem każdego twórczego zawodu. Lekarz dostrzega objaw, którego inni przegapią. Naukowiec zauważa anomalię w danych. Projektant widzi proporcje. Pisarz słyszy pojedyncze słowo. Wszyscy oni mają oko, ucho, percepcję wytrenowaną do detali. A trening ten zaczyna się w dzieciństwie — kiedy dziecko uczy się patrzeć na liść tak, jakby był jedyny.

Czwarta rzecz — angielski osadzony w sztuce. Słowa, które dziecko poznaje podczas tych zajęć, nie są wyuczone. Są zaobserwowane. Są dotknięte. Są namalowane. To jest zupełnie inny typ uczenia się niż klasyczna nauka języka. I dlatego efekty są inne.

Po latach prowadzenia Art Academy widzę, że dzieci, które przeszły przez program, idą do szkoły z innym stosunkiem do angielskiego niż dzieci uczone klasycznie. Nie boją się mówić. Nie blokują się przy pytaniu. Nie traktują angielskiego jako „przedmiotu szkolnego” — traktują go jako narzędzie do mówienia o tym, co je interesuje. To jest prawdziwa biegłość językowa. I zaczyna się od jesiennych liści.

Co rodzic może zrobić w domu

Pierwsza praktyka — codzienna „kolekcja liści”. Każdy październikowy spacer może być pretekstem do zebrania kilku liści. Niech dziecko wybiera samo. Im bardziej różnorodne, tym lepiej. Po powrocie do domu można je sprasować w książce — to klasyczna technika, znana już naszym babciom. Po tygodniu liście są płaskie i można z nich tworzyć.

Druga praktyka — kalkowanie w domu. Wystarczy kawałek cienkiego białego papieru i miękki ołówek. Niech dziecko kładzie liść pod papier i przeciąga ołówkiem. To jest medytacja — i dziecko czuje to natychmiast. Po dwudziestu minutach takich ćwiczeń jest wyraźnie spokojniejsze.

Trzecia praktyka — wieszanie kompozycji. Niech państwo wieszają jesienne prace dziecka na ścianie w widocznym miejscu — choćby na lodówce. Niech dziecko widzi swoje dzieła. Niech wraca do nich oczami. To buduje w nim świadomość, że to, co stworzyło, ma w domu wartość.

Czwarta praktyka — angielski mimochodem. Jeśli państwo znają choć trochę angielskiego, mogą podczas spaceru po liście używać prostych słów. „Look at this leaf. So beautiful. The colours. Yellow and red.” Te momenty mikro-immersji są dla mózgu dziecka cennym ćwiczeniem.

Piąta praktyka — wycieczka do parku z konkretnym celem. Zamiast „idziemy na spacer” — „idziemy znaleźć pięć różnych liści dla naszej kolekcji”. Cel zmienia spacer w zadanie. A zadanie aktywizuje uwagę dziecka inaczej niż bezcelowe chodzenie.

Po co to wszystko

Bo dzieci, które kończą jesień w Art Academy, mają w pamięci coś, czego żaden program telewizyjny nie da. Mają w pamięci obraz liścia, którego żyłki same się rysowały na kalce. Mają obraz farby, którą odciśnięto liść jak pieczątkę. Mają obraz pracowni, w której wszystkie kompozycje były inne, ale wszystkie były z liśćmi.

I mają w pamięci coś jeszcze — pierwsze angielskie słowa zakorzenione w prawdziwym doświadczeniu. „Leaf”. „Vein”. „Pattern”. Te słowa zostaną z nimi na lata. Bo nie były wyuczone — były zaobserwowane, dotknięte, namalowane.

Mam nadzieję, że nasze dzieci, kiedy w dorosłym życiu pójdą jesienią na spacer, zatrzymają się przy liściu. Pochylą się. Spojrzą uważnie. I powiedzą do siebie — „pamiętam, że liście klonu mają inne żyłki niż liście dębu”. I może zerwą jeden, zabiorą do domu, narysują z dziećmi.

Bo nauka przez zabawę to coś, co dzieci lubią najbardziej. A jesień jest najpiękniejszą porą tej zabawy. W żadnym innym miesiącu natura nie daje tak hojnie. W żadnym innym świat nie jest tak gotowy stać się sztuką.

Dziękuję jesieni, że co roku wraca. I że co roku przynosi nam liście, na których możemy nauczyć się patrzeć.


Zobacz reel z naszych jesiennych zajęć →

Rekrutacja trwa

Zapraszamy do kontaktu