W październiku zakończyliśmy nasz warszawski miesiąc tematyczny. Tuptuś, krasnoludek-przewodnik, zapowiedział wówczas, że w listopadzie zabiera Krasnoludki do Pyrandii — wymyślonej krainy, w której rządzi pyra (czyli ziemniak), gdzie wszyscy mówią po wielkopolsku, gdzie pieczone są pyzy i gdzie spotykamy poznańskie koziołki. I dotrzymał słowa. Listopadowy Poznań był jedną z najpiękniejszych „podróży”, jakie udało nam się przedszkolakowi zorganizować. W tym artykule, który jest naszym wspomnieniem („Wspomnień czar…”), opowiadamy, jak wyglądał ten miesiąc i co Krasnoludki z niego wyniosły.
Dlaczego Poznań — i dlaczego „Pyrandia”
Poznań jest dla pięciolatka niezwykłym miastem do poznania, bo różni się od Warszawy tak bardzo, jak tylko różnią się dwie polskie metropolie. Ma własną gwarę. Ma własne symbole. Ma własne smaki. Ma własną legendę. Ma w sobie tę poznańską oszczędność, dokładność, „pyrowy” charakter — który dla warszawskiego Dziecka jest egzotyczny i fascynujący.
„Pyrandia” — to nasze własne, autorskie określenie. Pochodzi od poznańskiego słowa „pyra” oznaczającego ziemniak. W Poznaniu mówi się „pyry” zamiast „ziemniaki”, a poznańskie pyry ze śmietaną, ze skwarkami, z gzikiem (który dziecko poznaje pierwszy raz w życiu) — to fenomen kulinarny, który zasługuje na osobną krainę. Stąd Pyrandia. Wymyślona kraina, która jest jednocześnie prawdziwym Poznaniem.
Co konkretnie się działo
Tydzień pierwszy: gwara poznańska. Pierwszy listopadowy tydzień to było zanurzenie się w mowę. „Tej, wiara!” — to było pierwsze poznańskie pozdrowienie, które Krasnoludki nauczyły się powtarzać. „Fest dobrze!” — drugie. Pojawiły się też słowa typowo poznańskie: pyra (ziemniak), gzik (pasta z białego sera z cebulką i radyszkami), bimba (tramwaj), ryczka (taboret). Każdego dnia Krasnoludki uczyły się jednego nowego poznańskiego słowa i konkursy „kto pamięta więcej” wywoływały straszny śmiech. Niektóre Mędrki wieczorem prosiły rodziców, żeby mówili „po poznańsku” — co rodzice próbowali z większym lub mniejszym skutkiem.
To, co tu się dzieje, to znacznie więcej niż „nauka słów”. Pięciolatek, który uczy się gwary, robi pierwsze w życiu doświadczenie z faktem, że nie wszyscy mówią tak samo. Polski w Krakowie brzmi inaczej niż w Poznaniu, inaczej niż w Warszawie, inaczej niż na Śląsku. To jest fundament dla późniejszej tolerancji językowej i otwartości na różnorodność.
Tydzień drugi: Domki Budnicze. Klasyczny element starego poznańskiego rynku — kamieniczki w pastelowych kolorach. Krasnoludki dostały do pomalowania gipsowe modeliki Domków Budniczych. Każde Krasnoludek malowało na inny kolor, każde dodawało własne ozdoby. Powstała kolorowa, dziecięca wersja poznańskiego rynku. Te modele stały potem przez tygodnie na półce w sali — przypominając Krasnoludkom o ich „podróży”.
Tydzień trzeci: koziołki poznańskie. Legenda mówi, że na ratuszu w Poznaniu mieszkają dwa koziołki, które codziennie w południe wychodzą i trykają się rogami dwanaście razy. Krasnoludki wysłuchały tej legendy z otwartymi ustami. „Pani, naprawdę?”. „Naprawdę. Ale to są mechaniczne koziołki, nie żywe. Ludzie zrobili je, żeby co dzień się przypominały”. Niektóre Krasnoludki narysowały potem te koziołki w domu i przyniosły rysunki do przedszkola.
Tydzień czwarty: kuchnia. Pyry w mundurkach z gzikiem. Tu zaczyna się kulinaria. Każde Krasnoludek własnoręcznie wziął pyrę (ziemniak), umył ją (z mundurka, czyli ze skórki), zawinął w folię i położył w piekarniku. Gziek przygotowaliśmy razem — biały ser, śmietana, cebulka pokrojona w drobne kostki, zioła. Mieszanie wszystkiego do jednolitej masy zajęło Krasnoludkom kilkanaście minut zaangażowania. A potem — pyra na talerzu, ozdobiona gzikiem, podana z masłem. Niektóre Krasnoludki, które nigdy w życiu nie tknęły białego sera, zjadły go po raz pierwszy — bo „same go zrobiły”.
Punkt kulminacyjny: rogale świętomarcińskie. To była praca dla starszych grup. Rogale świętomarcińskie — najbardziej tradycyjny poznański przysmak — pieczone są w Poznaniu na Świętego Marcina (11 listopada). Mają charakterystyczny kształt, obfite nadzienie z białego maku, posypywane są lukrem i orzechami. Pieczenie ich wymaga cierpliwości — ciasto półfrancuskie składa się i rozwałkowuje kilka razy. Mędrki podjęły się tej pracy z prawdziwym profesjonalizmem. Rogale wyszły piękne. I — co być może najważniejsze — pachniały. Przez całe popołudnie nasze przedszkole pachniało jak prawdziwa poznańska piekarnia.
Co buduje się w głowie Krasnoludka po miesiącu w Pyrandii
Rozumienie różnorodności kulturowej. Pięciolatek, który spędził cały listopad w „Poznaniu”, uczy się, że Polska jest mozaiką. Inny język, inne potrawy, inne legendy, inne zabytki. To nie jest po prostu „inny Poznań” — to jest „inna kultura w tym samym kraju”. Z takich pierwszych spostrzeżeń buduje się potem dorosły szacunek dla regionalnych odmian polskości.
Otwartość na nowe smaki. Gziek, rogale, pyzy ze skwarkami — dla wielu Krasnoludków to były pierwsze w życiu spotkania z tymi smakami. Niektóre były zaskoczone, że gziek jest słony i lekko ostry. Inne pokochały rogale od pierwszego kęsa. Każde Dziecko wzbogaciło swoją wewnętrzną mapę smaków o trzy-cztery nowe pozycje. To proces, który psychologowie nazywają rozszerzaniem palety sensorycznej — i jest on niezwykle ważny dla późniejszego życia kulinarnego Dziecka.
Pierwsze pojęcia o gwarach i językach. „Wszyscy mówimy po polsku, ale w Poznaniu mówią trochę inaczej”. To jest dla pięciolatka głębokie odkrycie. Z niego rodzi się potem zdolność do nauki obcych języków — bo Dziecko, które rozumie, że istnieją różne sposoby mówienia, jest na nie otwarte.
Zakorzenienie w polskiej tradycji. Rogale świętomarcińskie pieczono w Poznaniu od stuleci. Krasnoludek, który upiekł rogal i poznał, że jest to tradycyjny poznański produkt, dostaje pierwszą lekcję polskiej gastronomii regionalnej. Z tej pierwszej lekcji wyrasta potem dorosła miłość do polskiej kuchni i jej różnorodności.
Co Rodzic może zrobić w domu
Domowa Pyrandia jest dość łatwa do zorganizowania, jeśli mają Państwo poznańskie korzenie albo lubią poznańską kulturę. Kilka pomysłów:
— Upiekcie pyry w mundurkach. Najprostsza poznańska potrawa. Ziemniak ze skórką, w folii, do piekarnika na 45 minut. Podany z masłem albo gzikiem. Krasnoludek wieczorem zje to z apetytem — bo „mam coś z Poznania”.
— Zróbcie gzik. Twaróg + śmietana + cebulka + sól + odrobina pieprzu. Wymieszać. Krasnoludkowie uwielbiają mieszać — i kiedy sami przygotowują gzik, mają z nim potem zupełnie inne relacje smakowe.
— Wybierzcie się do Poznania. Pociągiem z Warszawy to dwie i pół godziny. Stary Rynek z koziołkami trykającymi się w południe — to jest atrakcja, która zostaje w pamięci Dziecka na lata.
— Czytajcie razem o poznańskich koziołkach. Książek dla dzieci o tej legendzie jest mnóstwo. Niektóre mają piękne ilustracje. To jest dobra wieczorna lektura przed snem.
— Spróbujcie poznańskich słów. „Tej, wiara, fest dobrze!”. To jest dla Krasnoludka świetna zabawa — szczególnie kiedy Państwo używają tych słów w naturalnym kontekście. „Co dziś na obiad?” — „Pyry z gzikiem!”.
Co zostało po Pyrandii
Pyrandia była naszą drugą podróżą w wymyślony-ale-prawdziwy świat polskiej kultury regionalnej. Pierwsza była warszawska, ale Warszawa była naszym własnym miastem — to było bardziej zakorzenienie niż podróż. Poznań był pierwszą prawdziwą wyprawą — gdzie wszystko było inne. I dlatego Poznań zostawił w głowie Krasnoludków szczególnie głęboki ślad.
Tygodnie po Pyrandii Krasnoludki nadal mówiły między sobą „tej, wiara!”. Niektóre rodziny zabrały Dzieci do Poznania na grudniowy weekend. Wracały z fotografiami przed Domkami Budniczymi, z opowieściami o trykających się koziołkach, z paczkami rogali. Każdy taki rodzinny wyjazd zamykał pętlę pedagogiczną — Dziecko widziało na własne oczy to, co poznało w przedszkolu.
Następna podróż czekała w lutym — Toruń, jak wiemy. A potem przyjdą jeszcze inne miasta: Gdańsk z Bursztynem, Wrocław z krasnalami i Hala Stulecia, może Zakopane z górami i bacówkami. Polska jest wielka, kolorowa, smakowita. A nasze Krasnoludki mają jeszcze trzy lata przedszkolnej edukacji, żeby ją poznać.
Tej, wiara — to się nazywa fest dobry pomysł na życie.