Listopad jest w pedagogice porą roku, o której mówi się najmniej, a która jest jedną z najbardziej fascynujących. Październikowa euforia jesieni już mija. Pierwsza śnieżna magia jeszcze nie nadeszła. Dni są krótkie, deszczowe, ołowiane. Dorosłemu listopad zwykle wydaje się ponury — a Dziecku? Wręcz przeciwnie. Dla Dziecka listopad jest miesiącem oczekiwania. Wszystko, co naprawdę się liczy, jest jeszcze przed nim. I to oczekiwanie ma w sobie energię, którą w pedagogice naprawdę warto wykorzystać.
Krasnoludki tej jesieni postanowiły potraktować to oczekiwanie poważnie. Wzięły do ręki — razem z Majstrem Śrubką — narzędzia, deski i śrubki. I zbudowały coś, co nikomu z nas, dorosłym, nie przyszłoby do głowy: paśnik dla reniferów Mikołaja.
Coraz bliżej święta
W naszym przedszkolu są dzieci, które od września liczą dni do Mikołaja. Są dzieci, które od pierwszego października pytają, „kiedy zaśpiewamy kolędy?”. Są dzieci, które już w listopadzie układają w domu adwentowe kalendarze i sprawdzają, czy Mama zrobiła zakup pierników. Niektórzy Rodzice traktują ten entuzjazm z lekkim zniecierpliwieniem — „przecież święta są dopiero za dwa miesiące”. Ale dla Dziecka święta są zawsze już teraz. Bo dla Dziecka oczekiwanie jest częścią święta.
Psychologowie rozwojowi nazywają tę zdolność „antycypacją” — umiejętnością przeżywania radości zanim wydarzenie nastąpi. Brzmi to jak cecha drugorzędna, ale w rozwoju Dziecka ma znaczenie absolutnie fundamentalne. Antycypacja uczy Dziecko, że nie wszystko musi być natychmiast. Że niektóre rzeczy zyskują na wartości, kiedy się na nie czeka. Że warto czasem zwolnić, zorganizować się, przygotować — bo to przygotowanie jest częścią finalnej radości.
W kulturze, która Dziecku oferuje natychmiastową gratyfikację praktycznie we wszystkim — film na żądanie, gra na telefonie, słodycz na półce sklepowej — umiejętność antycypacji staje się rzadka. A jest jedną z tych umiejętności, która w dorosłym życiu różnicuje ludzi szczęśliwych od nieszczęśliwych. Bo dorosłe życie pełne jest okresów oczekiwania — na rezultat egzaminu, na decyzję pracodawcy, na narodziny dziecka. Ten, kto nie nauczył się czerpać radości z samego oczekiwania, traci ogromną część życia.
Listopad u nas w przedszkolu jest miesiącem antycypacji w najczystszej formie. I właśnie dlatego tak chętnie wykorzystujemy go do projektów takich jak paśnik dla reniferów.
Skąd wziął się pomysł
Pomysł narodził się w grupie Mędrków, podczas zwykłej rozmowy o tym, co najbardziej lubią w zbliżających się świętach. Padały typowe odpowiedzi — prezenty, pierniki, choinka, dziadkowie. Ale jedna z dziewczynek powiedziała coś, co nas zatrzymało: „a najbardziej żal mi reniferów. Mikołaj dostaje wszystko, a one tylko ciągną sanie i potem same szukają jedzenia w śniegu”. Cała grupa zamilkła. A potem zaczęła się prawdziwa, poważna dyskusja sześciolatków o tym, czy renifery dostają coś od Mikołaja, czy nie, gdzie nocują, kto je karmi.
Pedagogiczny instynkt podpowiedział nam, że tego momentu nie wolno zmarnować. Dzieci same, z własnej inicjatywy, wpadły na zagadnienie, które łączy w sobie empatię, etykę, ekologię i pomoc słabszym. Dzieci, które rozmawiają o tym, czy renifery są głodne, są dzieci, które uczą się myśleć o świecie spoza siebie. To są dokładnie te momenty, których w przedszkolnym roku najbardziej szukamy.
Postanowiliśmy więc zbudować dla reniferów coś realnego — paśnik. Drewniany, prawdziwy, z prawdziwych desek. Taki, jaki postawiliby leśnicy w prawdziwym lesie. Dzieci podchwyciły pomysł natychmiast. A Majster Śrubka, który o naszym pomyśle dowiedział się następnego dnia, oczywiście się zgodził. Przyniósł deski, miarę, śrubki i wiertarkę. I zaczęliśmy.
Co konkretnie się działo
Praca nad paśnikiem trwała kilka spotkań rozłożonych w listopadzie. Każde miało swoje zadanie. Pierwsze — zaplanowanie. Krasnoludki zasiadły z Majstrem Śrubką wokół wielkiego arkusza papieru i razem rysowały, jak ten paśnik powinien wyglądać. Ile nóg? Czy ma dach? Czy jadło będzie się sypało, czy będzie w pojemniku? Każda decyzja była podejmowana wspólnie — i każde dziecko miało swój głos. To była lekcja projektowania w czystej postaci: idea, plan, wybór materiału.
Drugie spotkanie — mierzenie i przygotowanie desek. Tu pracowali głównie najmłodsi z grupy. Brali do ręki metr stolarski (drewniany, składany, prawdziwy), przykładali do deski, sprawdzali, czy zgadza się z planem. Inne Dziecko zapisywało liczby. Trzecie pomagało Majstrowi Śrubce zaznaczyć ołówkiem, gdzie deska ma być przepiłowana. Wszystko bardzo dokładnie, bardzo serio, bardzo prawdziwie.
Trzecie spotkanie — łączenie. Tu wkroczyli starsi, którzy mieli już doświadczenie z wkrętarką. Każdy wkręcał swoją śrubkę, w swoim miejscu, sam, pod uważnym okiem dorosłego. Po każdej śrubce widać było ekscytację: to ja zrobiłem. To moje miejsce w tym paśniku. Każde z Dzieci zapisało gdzieś w pamięci konkretny punkt na konstrukcji, do którego za dziesięć lat będzie potrafiło wrócić i powiedzieć: tę śrubkę wkręciłem ja.
Czwarte spotkanie — wykończenie. Malowanie. Sprawdzanie, czy wszystko trzyma. Próbne nasypanie do paśnika trochę siana. I uroczyste ustawienie go w wybranym miejscu — w naszym ogrodzie, pod sosną, „skąd renifery będą mogły go zobaczyć z lotu”.
Dlaczego paśnik dla reniferów ma sens
Tu chcemy być z Państwem szczerzy. My, dorośli, wiemy, że renifery Mikołaja nie istnieją. To jest baśń, mit, kulturowy konstrukt. Renifery, które zimą szukają jedzenia w śniegu, też raczej w naszej dzielnicy nie zaglądają. Czyli paśnik, który zbudowały dzieci, w sensie czysto utylitarnym jest niepotrzebny.
A jednak — pedagogicznie — jest to jeden z najbardziej sensownych projektów, jakie kiedykolwiek robiliśmy.
Dlaczego? Bo Dziecko, które buduje paśnik dla niewidzialnych odbiorców, ćwiczy coś, czego nie da się wyćwiczyć budując dla siebie. Ćwiczy gest dawania bez oczekiwania potwierdzenia. Ćwiczy hojność, która nie potrzebuje publiczności. Ćwiczy postawę, która w dorosłym życiu nazywa się altruizmem.
W psychologii rozwojowej to się nazywa „rozszerzeniem kręgu moralnego” — procesem, w którym Dziecko stopniowo uczy się dbać nie tylko o siebie, nie tylko o najbliższych, nie tylko o widzialnych, ale także o tych, których nigdy nie zobaczy, a którzy go potrzebują. Ten proces przebiega w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym i jest fundamentem wszystkiego, co później nazywamy etyką, obywatelskością, odpowiedzialnością społeczną.
Paśnik dla reniferów Mikołaja jest doskonałym narzędziem tej pracy, bo łączy dwie rzeczy. Po pierwsze — adresat jest oczywiście wymyślony, ale gest jest realny. Dziecko naprawdę wkręca śrubkę, naprawdę mierzy deskę, naprawdę pracuje rękami. Po drugie — adresat, choć wymyślony, jest dla Dziecka emocjonalnie prawdziwy. Renifery są w jego głowie tak realne jak rodzeństwo. Buduje dla kogoś, kto się liczy.
A o to właśnie chodzi. Bo umiejętność dawania bez oczekiwania nagrody nie da się Dziecku wytłumaczyć — można jej tylko doświadczyć.
Czas, który leczy nudę
Jest jeszcze jedna rzecz w listopadowych projektach, której bardzo cenimy. To trwa. Paśnik nie powstał w jeden dzień. Powstawał w czterech spotkaniach, rozłożonych przez cały miesiąc. Między jednym a drugim Dziecko musiało czekać. Pamiętać, na czym skończyliśmy. Cieszyć się na następne spotkanie.
Ten rytm jest dla mózgu pięciolatka czymś bezcennym. W kulturze, która Dzieciom oferuje natychmiastową kontynuację każdej historii — kolejny odcinek bajki, kolejny poziom gry, kolejna animacja w aplikacji — zdolność do utrzymania w głowie projektu rozłożonego w czasie staje się rzadka. A jest to dokładnie ta zdolność, która w dorosłym życiu nazywa się wytrwałością, samodyscypliną, długoterminowym planowaniem.
Paśnik uczył tego mimochodem. Każde Dziecko, które w środku miesiąca pamiętało, że „my jeszcze nie skończyliśmy paśnika dla reniferów”, trzymało w głowie projekt rozłożony w czasie. Każde Dziecko, które rano w dniu czwartego spotkania wbiegało do sali z pytaniem „czy dziś malujemy?”, przeżyło antycypację — nie kupioną, nie sztuczną, nie wprowadzoną przez dorosłych. Naturalną.
To jest ten typ pedagogiki, który zostawia ślad. Bo zostają nie tylko umiejętności, ale i wzorzec — „warto czekać, warto się przygotowywać, warto wracać do projektu po kilku dniach”. Te wzorce w dorosłym życiu są warte więcej niż wszystkie certyfikaty świata.
A magia Mikołaja?
To pytanie zawsze pojawia się, kiedy mówimy o świątecznych projektach w przedszkolu. Czy nie psujemy magii? Czy budowanie paśnika dla reniferów nie jest sprzeczne z opowiadaniem dzieciom o tym, że Mikołaj przylatuje saniami?
Naszym zdaniem — przeciwnie. Magia świąt nie polega na tym, że Dziecko biernie czeka na cudo. Polega na tym, że Dziecko bierze udział. Tradycja świąteczna w polskiej kulturze zawsze była aktywna — pieczemy pierniki, kupujemy choinkę, wieszamy ozdoby, śpiewamy kolędy, przygotowujemy stół. Dziecko, które bierze w tym wszystkim udział, czuje magię silniej niż Dziecko, dla którego święta są spektaklem do oglądania.
Paśnik dla reniferów wpisuje się dokładnie w tę tradycję. Jest aktywnym przygotowaniem. Jest gestem włączenia. Jest sposobem na to, żeby Dziecko poczuło, że jest częścią czegoś większego niż jego dom.
I jeszcze jedno — Dziecko, które buduje paśnik, nie pyta, czy renifery naprawdę przylecą. Ono w to wierzy. Bo zbudowanie paśnika jest dowodem własnej wiary. To bardzo prawdziwa, bardzo dziecięca, bardzo piękna logika: jeśli ja dla nich coś zrobiłem, to one tu będą. Nie ma powodu, żeby z tej logiki Dziecko wybijać.
Co Rodzic może zrobić w domu
Listopad i grudzień są w domu polskim tradycyjnie okresem przygotowań. Nasz pomysł — niech Państwo zaproszą Dziecko do tych przygotowań nie jako widza, ale jako pracownika. Niech pomaga ozdabiać. Niech mierzy choinkę. Niech kroi piernikowe ciasteczka (pod nadzorem). Niech pisze listy do dalszych krewnych. Niech wybiera ozdoby. Niech robi.
Można też w domu wykonać własny mini-projekt analogiczny do naszego paśnika. Karmnik dla wróbli na balkon. Szyszkowe ozdoby na bałwana ze śniegu. Domek dla świątecznego gnoma w doniczce. Każdy taki gest, w którym Dziecko buduje coś dla niewidzialnego adresata, jest depozytem na konto altruizmu.
I jeszcze jedno — niech Państwo nie spieszą. Niech projekt potrwa dwa, trzy, cztery dni. Niech będzie odkładany. Niech Dziecko musi do niego wracać. Pośpiech jest wrogiem antycypacji. Spokojny rytm — jej najlepszym sojusznikiem.
Po co to wszystko
Bo nasze Krasnoludki idą w grudzień z paśnikiem stojącym pod sosną w przedszkolnym ogrodzie. Każde z nich co najmniej raz dziennie podchodzi do okna i sprawdza, czy paśnik tam jest. Każde z nich, idąc rano do przedszkola, mówi swoim Rodzicom: „my zbudowaliśmy paśnik dla reniferów Mikołaja”. Każde z nich z poczuciem dumy i gotowości wkracza w grudzień.
To jest pedagogika świąt, w którą wierzymy. Nie w spektakl. Nie w konsumpcję. Nie w bierne czekanie na prezenty. W aktywne, prawdziwe, fizyczne, sensowne włączenie się Dziecka w przygotowanie na coś większego niż ono samo.
A kiedy w grudniu na nasz przedszkolny dziedziniec spadnie pierwszy śnieg, dzieci powiedzą — i wiemy to, bo zdarzyło się to już niejeden raz — „popatrzcie, jakieś ślady na ścieżce. Może to renifery przyleciały do paśnika?”. I czy te ślady zostawiła wiewiórka, czy kot, czy nikt — nie ma w tej chwili żadnego znaczenia. Bo Dziecko już wie. Już zbudowało. Już dało.
Święty Mikołaju — przybywaj. Krasnoludki są gotowe.