Październik to dla naszej najmłodszej grupy Skrzatów (dwu- i trzylatków) miesiąc szczególny — jeden z najpiękniejszych w całym roku. Co rano przynoszą do przedszkola w torebkach, w kieszeniach kombinezonów, w pudełeczkach po cukierkach drobne skarby, które znaleźli z mamą albo babcią po drodze. Najczęściej są to kasztany — gładkie, brązowe, błyszczące. Albo żołędzie. Albo szczególnie ładne liście. Każdy taki znalezisko trafia do naszej Skrzackiej Sali Skarbów i staje się materiałem do popołudniowych zabaw.
W tym artykule chcemy opowiedzieć Państwu, jak nasi Skrzaci pracują z darami jesieni, co konkretnie buduje się w mózgu dwulatka, kiedy zbiera, sortuje, układa i przerabia naturalne materiały, i dlaczego ta z pozoru prosta jesienna aktywność jest jednym z najpotężniejszych narzędzi rozwojowych w całym kalendarzu przedszkolnym.
Co to są „dary jesieni” i dlaczego są takie cenne
W naszym pedagogicznym żargonie używamy określenia „dary jesieni” na wszystkie naturalne materiały, które o tej porze roku łatwo znaleźć na warszawskich chodnikach, w parkach, w lasach. Kasztany. Żołędzie. Bukiew (orzech bukowy). Szyszki. Kolorowe liście. Suszone trawy. Kawałki kory. Patyki. Czasem znajdą się też owoce — jabłka leśne, dynie, jarzębina.
Każdy z tych materiałów ma cechy, których nie ma żaden produkt fabryczny. Są niepowtarzalne — każdy kasztan jest inny. Są naturalnie dostępne — nie trzeba ich kupować. Są bezpieczne sensorycznie — chłodne, gładkie, naturalnie pachnące. Są łatwe do manipulacji — pasują do dziecięcej dłoni. I — co najważniejsze — niosą ze sobą historię. Każdy kasztan kiedyś rósł na drzewie. Każdy żołąd jest nasieniem dębu. Każdy liść był zielony, a teraz jest brązowy, czerwony, żółty.
Dla mózgu dwulatka kontakt z tymi materiałami jest jedną z najmocniejszych lekcji o naturze, jakie istnieją. Nie poprzez planszę. Nie poprzez bajkę. Poprzez własną dłoń, własne oczy, własny zapach.
Co konkretnie się działo w naszej Skrzackiej Sali
Pewnego październikowego popołudnia rozłożyliśmy na środku sali wielką plandekę. Wysypaliśmy na nią całą zawartość naszej Sali Skarbów — kasztany, żołędzie, liście, szyszki. Plandeka stała się jezierem skarbów. Każdy Skrzat siadł na brzegu i patrzył.
Pierwsze dziesięć minut to było tylko patrzenie i dotykanie. Skrzaty same z siebie zaczynały sięgać po kasztany, oglądać je, obracać w dłoni, czuć ich gładkość. Wybierały te najpiękniejsze. Czasem wkładały dwa do garści i porównywały ciężar. Czasem słuchały, jak kasztany stukają o siebie. Czasem podchodzili do dorosłego i pokazywali: „popatrz, taki gładki!”.
To, co się tu działo, to była najczystsza forma sensorycznej eksploracji — pierwszego, najgłębszego sposobu, w jaki dziecięcy mózg poznaje świat. Każdy bodźć dotykowy, każde porównanie ciężaru, każde stuknięcie kasztanami — to są dla mózgu dwulatka konkretne dane. Z tych danych powstaje rozumienie świata.
Drugą fazą było sortowanie. Pani położyła na stole trzy miski: dla kasztanów, dla żołędzi, dla szyszek. „Skrzaty, pomóżcie nam ułożyć skarby”. Skrzaty zerwały się i zaczęły zbierać. Każde wybierało jedno, oglądało, decydowało, do której miski je włożyć. Niektóre Skrzaty wahały się — czy ten okrągły kasztan to czasem nie żołąd? Czy ta szyszka jest szyszką, czy może czymś innym? Każda taka decyzja jest dla mózgu trzylatka małym problemem do rozwiązania. Z setek takich problemów buduje się potem dorosłe myślenie kategorialne.
Trzecią fazą było liczenie. „A ile mamy kasztanów w misce?”. „Liczymy razem!”. Skrzaty same z siebie zaczynały liczyć — niektóre poprawnie do dziesięciu, inne kończyły na trzech albo czterech. Liczenie nie musiało być doskonałe. Ważne było, że Skrzat wkłada swój własny wysiłek w policzenie konkretnych, namacalnych przedmiotów. Zupełnie inaczej działa to dla mózgu niż liczenie abstrakcyjne na palcach.
Czwarta faza — plastyka. Każde Skrzaty dostało plastelinę, kasztany, żołędzie, kawałki słomek i zrobiło z tego jeża. Kasztan jako ciało, słomki wbijane w jego skorupkę jako kolce, plastelina jako podstawa, do której wszystko się klei. To jest klasyczny polski przedszkolny rytuał — jeż z kasztana — który działa od pokoleń, bo łączy w sobie wszystko, czego dwulatek potrzebuje: motoryka mała (wbijanie słomek), kreatywność, gotowy efekt (jeż), nawiązanie do polskiej tradycji literackiej.
Piąta faza — bukiet. Najpiękniejsze liście Skrzaty układały w bukiety — każde układało swój własny, w plastikowych miseczkach, ozdabiając kasztanami. Te bukiety zostały wieczorem zabrane przez Skrzaty do domu i ozdabiały rodzinne stoły przez kilka tygodni. Babcie się rozczulały. Mamy fotografowały. Tatusiowie chwalili. Każde z tych spojrzeń utrwalało w głowie Skrzata: „to, co zrobiłem, jest piękne i ważne”.
Co buduje się w mózgu dwulatka podczas takiej zabawy
Sensoryka dotykowa. Każdy kontakt z naturalną teksturą — gładką skorupką kasztana, chropawą powierzchnią żołędzia, szeleszczącym suchym liściem — jest dla skóry dwulatka silnym sygnałem. Sygnałem, który dociera do mózgu i koduje się w pamięci dotykowej. Im więcej różnorodnych tekstur, tym lepiej rozwijają się receptory dotyku.
Motoryka mała. Chwytanie kasztanów (chwyt szczypcowy), wbijanie słomek w plastelinę (kontrola siły), układanie liści (precyzja), nawlekanie żołędzi na sznurek (koordynacja oka i dłoni) — wszystkie te czynności trenują palce w sposób, którego nie zastąpi żadna karta pracy. Te same palce, które za kilka lat będą trzymały długopis.
Pierwsze kategorie poznawcze. Sortowanie kasztanów, żołędzi i szyszek to dla dwulatka pierwsza, prymitywna lekcja klasyfikacji — fundamentu wszelkiego myślenia. „To są kasztany. To są żołędzie. To nie są to samo”. Z takich pierwszych rozróżnień buduje się potem cała umiejętność abstrakcyjnego myślenia.
Pierwsze pojęcia matematyczne. Liczenie konkretnych przedmiotów, porównywanie ilości („mam więcej niż ty”), zauważanie zmian (jak miska się zapełnia) — to są pierwsze, ucieleśnione doświadczenia matematyki. Daleko od formalnego liczenia, ale absolutnie fundamentalne.
Estetyka. Wybór najpiękniejszego liścia. Decyzja, jak ułożyć bukiet. Poczucie, że jeden kasztan jest „ładniejszy” niż drugi. To są pierwsze decyzje estetyczne, jakie podejmuje człowiek w życiu. Z nich buduje się potem dorosłe poczucie piękna — i miłość do natury.
Połączenie z porą roku. Kasztany, żołędzie, kolorowe liście — to są symbole jesieni. Skrzat, który przez cały październik bawi się tymi symbolami, buduje sobie głębokie skojarzenie „pora roku — jesień — te przedmioty”. Z takich skojarzeń wyrasta dorosłe poczucie cykliczności życia, sezonowej różnorodności świata.
Co Rodzic może zrobić w domu
Jesień to najlepsza okazja, żeby przyzwyczajać Dziecko do zbierania, oglądania i przerabiania naturalnych materiałów. Kilka pomysłów, które są łatwe do wprowadzenia:
— Codzienne spacery „z misją”. „Dziś szukamy najpiękniejszego kasztana”. „Dziś znajdziemy pięć żołędzi”. „Dziś zbierzemy liście trzech różnych kolorów”. Każdy spacer z misją jest dla Dziecka dziesięciokrotnie ciekawszy niż „chodźmy się przejść”.
— Domowy „skarbiec jesieni”. Wystarczy plastikowe pudełko z pokrywką. Każdego dnia Dziecko dokłada to, co znalazło. Po kilku tygodniach skarbiec jest pełen — i staje się świetnym materiałem do plastycznych prac domowych.
— Suszenie liści w książce. Klasyk. Kilka kolorowych liści między kartkami starej książki, ciężka książka położona na wierzchu, dwa tygodnie czekania. Po wyciągnięciu — liście są płaskie, jak gotowe do oprawienia. Można potem nakleić je na kartkę i zrobić jesienne ozdoby.
— Kasztanowy jeż. Jeden z najprostszych domowych projektów plastycznych. Kawałek plasteliny jako podstawa. Kasztan jako ciało jeża. Słomki, wykałaczki, krótkie patyczki wbijane w skorupkę kasztana jako kolce. Dwadzieścia minut pracy, satysfakcja na cały tydzień.
— Sznurek z żołędzi. Pod nadzorem Rodzica można w żołędziach zrobić małą dziurkę igłą i nawlec je na sznurek. Powstaje naszyjnik albo girlanda. Trening cierpliwości i precyzji.
— Rozmawiajcie o naturze. „Skąd się wziął ten kasztan?”. „A czemu liście robią się żółte?”. „A gdzie idą żołędzie, kiedy spadną?”. Każde takie pytanie jest okazją do mini-lekcji biologii i ekologii. Nie trzeba znać wszystkich odpowiedzi. Ważne, żeby pytać.
Co zostało z naszego dnia z darami jesieni
Po naszym sortowaniu, plastycznych pracach i bukietach, pod koniec dnia każde Skrzaty wracało do domu z kasztanowym jeżem, jesiennym bukietem i pełnymi kieszeniami. Niektóre Skrzaty wieczorem zdradziły rodzicom „pani powiedziała, że my pomagamy jeży nie zostały głodne”. (Bo opowiedzieliśmy też legendę, że kasztany pomagają jeżom przetrwać zimę. To nie jest do końca prawda — kasztany są dla jeży niejadalne — ale dla dwulatka niech będzie taką pierwszą wersją tej historii. W kolejnym roku skorygujemy.)
I to jest właśnie nasza filozofia. Skrzaty żyją w ciekawym, gęstym, kolorowym świecie, w którym kasztan jest nie tylko kasztanem — jest też jeżą i żołędzią, i przyjacielem, i prezentem od jesieni. Z takiego świata wyrasta potem dorosły, który zachwyca się jesiennym parkiem nawet w deszczu, który podczas spaceru zauważa drobne zmiany w naturze, który nie zapomina, jak wyglądały lata jego dzieciństwa. Jesień jako pora roku zostaje w nim na zawsze — głęboko, ciepło, z zapachem mokrych liści i błyszczącym kasztanem w kieszeni.
A wszystko zaczęło się od jednego prostego pytania pani: „kto chce iść po skarby?”.
I odpowiedzi było tylko jedno: „taaaak!”.