Kora drzewa jako materiał plastyczny — dlaczego w Art Academy uczymy angielskiego trzymając w dłoni kawałek lasu

Małgorzata Puszkiewicz · Kadra przedszkola ·

W moim programie Art Academy, który prowadzę w Siedmiu Krasnoludkach, mamy zasadę. Zanim dziecko zacznie pracę plastyczną, najpierw idzie z nami do lasu, do parku, do ogrodu. Dotyka. Zbiera. Wącha. Patrzy z bliska na to, co inni mijaliby bez uwagi. Kawałek kory drzewa. Łuska szyszki. Mokry mech. Suchy listek. Pęknięty żołądź. Każdy z tych obiektów znajduje swoje miejsce w plecaku i wraca z nami do pracowni.

I dopiero stamtąd zaczyna się sztuka. Nie z tubki farby. Nie z gotowego kartonu w kolorze, który mu został przydzielony. Z czegoś prawdziwego — co dziecko trzyma w dłoni, czuje fakturę, ma własną historię. Z czegoś, co rosło. Z czegoś, co dawało schronienie owadowi. Z czegoś, co pochodzi z lasu, którego dziecko być może nigdy w życiu nie odwiedzi.

W tym tekście chcę porozmawiać o tym, dlaczego naturalne materiały są dla mnie najważniejszym narzędziem pedagogicznym w Art Academy. I dlaczego dzieci, które uczą się sztuki przez naturę, równolegle uczą się angielskiego głębiej i pewniej niż dzieci uczące się go w tradycyjnej klasie.

Co to jest Art Academy

Krótkie wprowadzenie dla osób, które po raz pierwszy słyszą o moim programie. Art Academy to autorski program zajęć plastyczno-językowych, który stworzyłam dla naszych Krasnoludków lata temu. Łączy on dwie rzeczy, które tradycyjnie traktuje się osobno — sztukę i naukę angielskiego.

Zasada jest prosta: w czasie zajęć mówię tylko po angielsku. Dzieci słyszą angielski w naturalnym kontekście — kiedy proszę o podanie pędzla, kiedy zachwycam się ich pracą, kiedy proponuję, żeby coś spróbowali. Nie ma tłumaczenia. Nie ma „a teraz powiem to po polsku”. Jest pełne zanurzenie — tak, jakby dziecko nagle znalazło się w angielskim domu.

Drugi element jest jeszcze ważniejszy. To, co robimy razem na zajęciach, to nie ćwiczenia językowe. To prawdziwa sztuka. Malujemy. Lepimy. Wycinamy. Robimy kolaże. Eksperymentujemy z materiałami. Każde dziecko ma swoją pracę, swój wybór, swoją interpretację. Angielski przychodzi przy okazji — ale jego nauka jest pełna, bo dziecko używa go w sytuacji, która jest dla niego ważna.

Ten model — nauka języka przez sztukę — ma za sobą lata badań pedagogicznych. Nazywa się „CLIL” (Content and Language Integrated Learning), czyli zintegrowane nauczanie języka i treści. Dzieci uczące się w tym modelu osiągają wyższy poziom języka, lepiej go zapamiętują, mają mniejszy lęk przed mówieniem. Bo ich mózg rejestruje angielski jako język działania — a nie jako przedmiot szkolny.

Dlaczego natura

W Art Academy mamy do dyspozycji wszystkie standardowe materiały plastyczne — farby, kredki, plastelinę, papier, kleje. Korzystamy z nich. Ale moją obsesją — i dzieci to wiedzą — są materiały naturalne. Coś, czego nie da się kupić w sklepie. Coś, co trzeba znaleźć.

Dlaczego? Mam ku temu kilka powodów, które wyjaśnię poniżej.

Po pierwsze — sensoryka. Każdy materiał naturalny ma niepowtarzalną teksturę, zapach, ciężar. Kawałek kory drzewa jest chropowaty, suchy, pachnie żywicą. Mech jest miękki, lekko wilgotny, pachnie ziemią. Liść jest gładki, kruchy, prawie nic nie waży. Każdy z tych materiałów stymuluje zmysły dziecka inaczej. A dla mózgu w wieku przedszkolnym bogactwo wrażeń sensorycznych jest wprost odżywcze — buduje neurony, buduje połączenia, buduje zdolność rozpoznawania świata.

Po drugie — niepowtarzalność. Standardowe materiały są jednolite. Każda kredka tego samego koloru jest identyczna. Każdy papier ma równo przycięte krawędzie. Każda kostka plasteliny jest dokładnie taka sama, jak druga. Świat materiałów masowych jest dla dziecka w pewnym sensie ubogi — nie uczy go, że rzeczy mogą być różne.

Naturalne materiały są zupełnie inne. Każdy kawałek kory jest inny. Każdy listek ma swój kształt. Każda szyszka ma inny wzór. Dziecko, pracując z nimi, uczy się, że dwa podobne obiekty mogą być jednak różne. Że można je porównywać. Że można odkrywać reguły. To są fundamenty myślenia matematycznego i naukowego.

Po trzecie — ekologia. Tu chcę być szczera — uważam, że ważne jest budowanie w dziecku więzi z naturą od najmłodszych lat. Dziecko, które dotknęło prawdziwej kory, pamięta, że drzewo to żywa istota. Dziecko, które nigdy w życiu nie miało w dłoni kawałka mchu, traktuje las jako abstrakcję. Różnica między tymi dwoma dziećmi za dwadzieścia lat — kiedy będą podejmować decyzje życiowe, zawodowe, polityczne — będzie ogromna.

Po czwarte — i dla mnie najważniejsze — natura inspiruje. Dziecko, które ma przed sobą kawałek kory, zaczyna patrzeć inaczej, niż gdyby miało przed sobą tubkę farby. Pyta. Bada. Próbuje. Ma w sobie naturalną ciekawość, której nie zbudzi żaden najpiękniejszy zestaw kredek. A kiedy ciekawość jest obudzona — uczenie się idzie samo. Niezależnie od tego, czy uczymy malowania, czy angielskiego.

Co konkretnie robimy z korą drzewa

Pozwolę sobie opisać konkretnie, jak wygląda zajęcie z korą drzewa, bo to jeden z moich ulubionych projektów. Pokazuje wszystko, co kocham w Art Academy.

Zaczynamy od wyprawy. Idziemy do parku Skaryszewskiego — najbliższego nam parku na Pradze Południe — z wielkim plecakiem i listą rzeczy do znalezienia. Lista jest po angielsku. „Find a piece of bark. Find moss. Find an acorn. Find a leaf with five points.” Dzieci nie czytają — słyszą, jak ja mówię, i biegną szukać. Pierwsze raz są zdezorientowane. Drugi raz już wiedzą, czego szukać. Trzeci raz biegają z radością, bo wreszcie ten angielski coś dla nich znaczy.

Każde dziecko zbiera swoją kolekcję. Niektóre znajdują kawałek kory wielkości dłoni. Inne — całe gałązki. Niektóre — tylko maleńkie wiórki, ale za to z kilku różnych drzew. Każda kolekcja jest inna. I każda jest dla dziecka osobistym skarbem.

Wracamy do pracowni. Stoły są przygotowane — białe arkusze, kleje, woda, gąbki, parę pędzli. Ale nie ma farb. Bo dziś malujemy korą.

Tak, korą. Tłumaczę dzieciom — zanurzamy kawałek kory w wodzie, a potem przeciągamy nim po kartce. Kora pozostawia ślad — czasem brunatny, czasem szary, czasem prawie czarny, w zależności od drzewa i wilgotności. Dzieci zaczynają eksperymentować. „Look! Mine is dark!” — woła jedno z nich, podekscytowane. „And mine is reddish” — odpowiada drugie. Rozmowa po angielsku zaczyna się sama, bo dzieci muszą podzielić się odkryciami.

Niektóre dzieci kończą na śladach kory. Inne dodają do tego liście — przyklejają je na klej. Jeszcze inne posypują ścinkami z mchu, które rozsypujemy w jednej miseczce. Każda praca jest inna. Każda jest niepowtarzalna. Każda nosi w sobie kawałek prawdziwego lasu.

I — co ważne — każda jest okazją do rozmowy po angielsku. Pytam dzieci, co stworzyły. Dzieci odpowiadają — czasem słowem, czasem zdaniem, czasem tylko gestem. Każde słowo, które wypowiedziały, zostaje zarejestrowane w mojej głowie. I w ich.

Co dziecko buduje, kiedy maluje korą

Teraz chcę porozmawiać o czymś, co dla mnie, jako pedagoga, jest najważniejsze. Bo kora drzewa, las, mech — to są narzędzia. Cel jest gdzie indziej. Cel jest w tym, co dzieje się w głowie dziecka.

Pierwsza rzecz — związek z naturą. Każde dziecko, które przez godzinę pracowało z prawdziwymi materiałami z lasu, wraca do domu z czymś, czego nie miało wcześniej — z konkretnym, fizycznym, sensorycznym wspomnieniem. Następnym razem, kiedy zobaczy las, nie zobaczy go już jako tła. Zobaczy go jako miejsce, z którego coś przyszło do jego dłoni. Las stanie się dla niego osobisty.

To jest fundament, który w dorosłym życiu nazywa się „świadomością ekologiczną”. Nie da się jej zbudować przez wykłady. Nie da się zbudować przez plakaty. Da się zbudować tylko przez prawdziwy, fizyczny kontakt. Dziecko, które miało w dłoni kawałek prawdziwej kory, jako dorosły inaczej zachowa się wobec drzewa, lasu, środowiska. To nie jest sentymentalne myślenie — to jest pedagogiczna prawda.

Druga rzecz — angielski osadzony w doświadczeniu. Słowa „bark”, „moss”, „leaf”, „acorn” dziecko poznaje w pełnym kontekście — z dotykiem, zapachem, znaczeniem w realnym świecie. Te słowa nigdy mu się nie zatrą. Bo nie są wyuczone z karty pracy — są zakorzenione w pamięci ciała. Po dwudziestu latach, kiedy moje dzisiejsze przedszkolaki będą dorosłe, większość angielskich słów wyuczonych w szkole zaniknie. Ale „bark” i „moss” pozostaną. Bo były nauczone całym ciałem.

Trzecia rzecz — eksperymentalność. Dziecko, które maluje korą, robi coś, czego nikt mu nie pokazał. Nie ma instrukcji „jak malować korą drzewa”. Nie ma szablonu. Każde dziecko musi samo odkryć, jak to działa. Jak nasączyć korę. Jak nią poruszać. Jak łączyć z innymi materiałami. Każde z nich jest naukowcem-eksperymentatorem. I każde uczy się tej postawy — postawy próbowania, sprawdzania, mieszania bez instrukcji. To jest postawa, której w dorosłym życiu używa się w każdej kreatywnej profesji. Programista, projektant, naukowiec, lekarz — wszyscy oni eksperymentują. Dzieci, które od czterech lat pracowały z korą drzewa, mają to we krwi.

Czwarta rzecz — pokora wobec materiału. Tu chcę być szczera, bo to jest temat, którego pedagogika rzadko dotyka. Pracując z naturalnym materiałem, dziecko musi nauczyć się respektować jego cechy. Kora pęka, jeśli się ją zgnie za mocno. Liść kruszy się, jeśli za szybko. Mech się rozpada, jeśli się go za bardzo ścisnęło. Każdy z tych materiałów uczy dziecko, że świat ma swoje własne zasady — nie da się ich zmienić życzeniem.

To jest lekcja, której standardowa kostka plasteliny nie udziela. Plastelina się gniecie, jak chcemy. Kora — nie. Kora jest sobą. I dziecko musi się jej nauczyć. To uczy go pokory wobec rzeczywistości. A pokora wobec rzeczywistości jest jedną z najważniejszych dorosłych kompetencji.

Co rodzic może zrobić w domu

Nie trzeba mieć Art Academy, żeby pracować w domu z naturalnymi materiałami. Każda ulica ma drzewa. Każdy park ma jesień. Każdy spacer może być pretekstem.

Pierwsza praktyka — codzienna „wyprawa skarbów”. Niech państwo wracając z dzieckiem ze spaceru zatrzymują się i zbierają. Jeden listek. Jeden kasztan. Jedna szyszka. Jedna gałązka. Niech dziecko ma w plecaku swój własny zasób. W domu można go odkładać do specjalnego pudełka — „pudełko skarbów natury”.

Druga praktyka — wspólna sztuka z tych skarbów. Raz na tydzień, w sobotę albo niedzielę, można zaprosić dziecko do tworzenia. Wystarczy duża kartka, klej, ewentualnie farba do akcentów. Niech dziecko układa swoje skarby, ile chce, jak chce, w jakiej kompozycji chce. Gotowa praca może wisieć na lodówce. Następnego tygodnia powstanie kolejna.

Trzecia praktyka — angielski mimochodem. Jeśli państwo znają choć trochę angielskiego, mogą powtarzać proste słowa, kiedy dziecko coś znajduje. „Look, a leaf. What colour is it?”. „A pinecone. So small!”. Te momenty mikro-immersji są dla dziecka cenne. Dziecko nie musi rozumieć każdego słowa — wystarczy, że słyszy. Mózg sam to porządkuje.

Czwarta praktyka — wycieczki tematyczne. Las, łąka, ogród botaniczny, ogród zoologiczny. Im więcej różnych środowisk, tym więcej różnych materiałów. Dziecko, które w ciągu roku odwiedziło pięć różnych lasów, ma w pamięci pięć różnych typów kory, mchu, ściółki. To jest fundament jego przyrodniczej wiedzy.

I jeszcze jedno, najważniejsze — niech państwo nie odbierają dziecku kawałków natury. Dziecko, które chce zabrać do domu kasztan, listek, gałązkę — niech zabierze. Nie wszystko trzeba „wyrzucić, bo to brudne”. Kawałek mchu z kieszeni jest dla dziecka skarbem. Niech zostanie skarbem.

Po co to wszystko

Bo dzieci, które kończą Art Academy, idą w dorosłość z czymś, czego nie da się kupić. Z poczuciem, że natura jest blisko, dostępna, własna. Z konkretnymi angielskimi słowami zakorzenionymi w pamięci ciała. Z postawą eksperymentatora, który nie boi się próbować. Z zamiłowaniem do tego, co prawdziwe, faktualne, organiczne.

Wiemy, że nasze Krasnoludki nie wszystkie zostaną artystami ani biologami. Niektóre zostaną lekarzami, inne księgowymi, jeszcze inne nauczycielami. Każde znajdzie swoje miejsce. Ale każde z nich, niezależnie od profesji, zachowa w sobie pamięć o tym, jak kora drzewa pachnie, jak mech pęka pod palcami, jak liść w jesieni zmienia kolor.

Ta pamięć jest darem. Bo dorosły, który pamięta dotyk natury z dzieciństwa, w dorosłym życiu w jakimś momencie wraca do tej pamięci. Może w stresie, może w zmęczeniu, może w pierwszym wakacyjnym wyjeździe na łono natury. I czuje, że tu jest u siebie. Że to wszystko już zna. Że las nie jest mu obcy.

A to jest dar nieoceniony. W świecie, który coraz bardziej oddala dziecko od natury — przez ekrany, przez beton, przez plastik — dawanie mu prawdziwej kory, prawdziwego mchu, prawdziwego liścia jest aktem pedagogicznego buntu. Buntu, na który ja, jako nauczycielka, codziennie się decyduję. I którego nie zamienię na żaden inny model edukacji.


Zobacz reel z naszych zajęć z naturalnymi materiałami →

Rekrutacja trwa

Zapraszamy do kontaktu